Moja Fila Julcia

JULCIA - bo od niej wszystko sie zaczęło

 

Moja historia z filą brazylijską zaczęła się od przypadku - dowiedziałam się o istnieniu tej rasy w gabinecie lekarskim u mojego zaprzyjaźnionego doktora.

Nasze rozmowy zawsze "schodziły na psy" i w ten sposób poznałam bezobsługową rasę psów, które nie wymagały szkolenia, by odpowiednio zareagować w trudnej sytuacji .

Po ponad dwuletnich poszukiwaniach i przygotowaniu gruntu wśród domowników, pewnego czerwcowego popołudnia pojawiła sie ONA- mój do tej pory największy skarb- OLIVIA z Wólki.

Miała wtedy 5,5 miesiąca i ojerizy tyle, że z powodzeniem mogłaby nią obdzielić kilku innych przedstawicieli rasy.

Julcia (tak ją nazywaliśmy na domowy użytek) była moją pierwszą i najukochańszą , jedyną , niepowtarzalną , najwspanialszą sunią - taką, jaką trafia się jeden jedyny raz w życiu.

Zaraz na dzień dobry po wyjściu z samochodu obszczekała mojego tatę, obeszła swój teren i dobrze zapamiętała psy sąsiadki, które nieopatrznie naraziły się jej warcząc i jazgocząc zza parkanu.

Jula zwiedziwszy okolicę, wszystkie pomieszczenia w domu usiadła przy mojej nodze i w ten sposób wybrała mnie na swoją panią.

Przez dłuższy czas nie mogła przyzwyczaić się do myśli, że oprócz kobiet są jeszcze i mężczyźni, których szczerze nie znosiła i jawnie to na każdym kroku okazywała.

Męska część rodziny dopiero po upływie około roku zdobyła jej akceptację.

Mała była wyjątkowo ostrą sunią, nie bardzo mogłam jej wierzyć, kiedy przychodzili z wizytą nasi znajomi. Już drugiego dnia po przyjeździe przywitała się z moim kolegą wbijając mu ząbki w rękę. Pożytek z tego był taki, że już nigdy więcej nie nazwał jej "wynalazkiem".

Kiedy podrosła na tyle, że mogliśmy ją zabierać na wystawy, zaczęła zdobywać swoje pierwsze medale. Nie zawsze były złote, nie- zdawałam sobie sprawę, że Julcia oprócz niewątpliwych zalet, posiada także i kilka wad. Nie była tym najlepszym typem fili o jakim marzyłam, ale dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia- kochałam ją bez pamięci za to, jaką była!

Potrafiłyśmy porozumiewać sie bez słów- wystarczało samo spojrzenie, lekki gest i od razu wiedziała o co mi chodzi.

Jula nie lubiła mężczyzn, nie lubiła także innych psów. Na szkoleniach tradycyjnie już tępiła trenera a na przerwach lubiła zapolować na kolegów i koleżanki.

Szczególnie upodobała sobie ONka , którego jednym susem powalała na plecy i przygniatała łapą do ziemi.

Nasze przerwy wyglądały później bardzo smętnie - stałyśmy obie z boku placu, Julcia tradycyjnie na smyczy a reszta psiego towarzystwa bawiła się ze sobą w najlepsze.

Nauka posłuszeństwa szła...średnio, ponieważ w jej łepetynie nie mieściło się, jak można zostawić panią kilka metrów dalej leżąc w bezruchu- a przecież pani jest po to, żeby być razem z sunią!!!

Aportowanie to rzecz zupełnie jej obca- to poniżej godności biegać za jakimś przedmiotem nie wartym jej uwagi, od tego są owczarki i inne tego typu pieski- ona była ponad to.

I w ten sposób egzamin zdałyśmy ledwo na trójkę!

 

Julcia bardzo mało szczekała, nie zwracała uwagi na drobiazgi.

Wartym jej uwagi był rowerzysta, pies naruszający jej osobisty teren czy ludzie przyglądający się jej ze zbyt bliskiej odległości.

Kilka razy udało się jej wystąpić w akcji, kilka osób nie wspomina tego najmilej.

Od tamtej pory już nigdy nie udało się Julci zmylić mojej czujności i wykonać swojego popisowego numeru typu - fila w akcji.

Cieszę się, że te "przygody" nie miały gorszego finału i że na tych przykładach nauczyłam się mieć oczy dookoła głowy.

Jula była z nami bardzo krótko, bo tylko 2,5 roku.

Jej życie skrócił weterynarz, który podczas wykonywania cesarskiego cięcia i jednoczesnej sterylizacji źle podwiązał naczynia krwionośne. Sunia po trzech godzinach po powrocie z kliniki na Powstańców Śląskich umarła w potwornych męczarniach.

Było zbyt późno na jakąkolwiek pomoc...

Ten żal i rozpacz pozostanie ze mną już na zawsze.